Peter DohertyGrace/Wastelands
Parlophone, 2009
4.6 / 10
www.babyshambles.net
www.myspace.com/gracewastelands
Ulubieniec tabloidów, opinii publicznej lepiej znany jako ex-boyfriend Kate Moss, narkoman, społeczny wyrzutek i degenerat, będacy coraz bliżej życiowego dna niż jako świetny muzyk, charyzmatyczny wokalista i członek The Libertines, jednego z najważniejszych zespołów ostatniej dekady, Pete Doherty, wydał właśnie swój pierwszy solowy album.
A w zasadzie Peter, bo tak podpisał swój debiut. Peter Doherty - tak właśnie widnieje na okładce. Czyli taki sygnał, że się ogarnął trochę, dojrzał i nie jest już tym samym sympatycznym chłopcem, który śpiewał z rozbrajającą szczerością i emanującym hedonizmem głosem "fuck forever... if you don't mind"? Cześć, jestem Peter, generalnie miałem do tej pory wszystko w dupie i po prostu chciałem się dobrze bawić, stąd też te moje wszystkie ekscesy i pierwsze strony gazet, ale, umm, wiecie, Kate Moss mnie zostawiła, jestem trochę smutny i od teraz będzie na poważnie. Peter, nie Pete, zapamiętajcie. Takie odniosłem pierwsze wrażenie, wiem, może trochę przesadzam z tym analizowaniem literki "R" przy imieniu, ale po coś ona tam się pojawiła, prawda? Trochę jak Marysia Sadowska, która w rozmowie u Wojewódzkiego kilka razy wyraźnie zaznaczyła, że teraz to się nazywa Maria Sadowska, a nie Marysia, tak jakby była to sprawa wagi co najmniej państwowej. Podobnie zresztą jak posłowie PiSu, którzy za każdym razem, gdy występują w TVN-ie przypominają, że są posłami nie PiSu a Prawa i Sprawiedliwości. Jak więc widać, nawet takie drobiazgi mogą mieć kolosalne znaczenie, wierzę więc, że i literka "R" która pojawiła się przy imieniu Doherty'ego również oznacza wielkie zmiany.
Gdy włączymy płytę, okaże się, że się w tych przewidywaniach nie pomyliliśmy. Pamiętacie może akustyczną wersję "Fuck Forever", z Dohertym siedzącym na jakiejś łące i akompaniującym sobie na gitarze? Dobra, nie szukajcie. Mam dziś dobry humor, więc podam nawet linka. Albo i lepiej, obejrzyjcie sobie teledysk poniżej.
No to teraz dochodzimy do sedna. "Grace/Wastelands" brzmi podobnie. Doherty wziął do ręki gitarę akustyczną i z hedonisty-libertyna-buntownika przeobraził się na potrzeby tej płyty w typowego songwritera. Z jakim skutkiem? Odpowiadam od razu: mieszanym.
Fajnie generalnie, że postanowił zaprezentować coś innego, że nie stara się na siłę eksplorować rejonów, w jakich poruszał się najpierw z The Libertines, a potem z Babyshambles i pokazuje się słuchaczom od innej, bardziej lirycznej i uduchowionej strony. Miło, że udowodnił tym samym wielu niedowiarkom, że jest naprawdę utalentowanym artystą, muzykiem i poetą ukrytym nieco pod płaszczem heroinowego uzależnienia i ciągłej atmosfery skandalu. Na "Grace/Wastelands" na pewno słychać potencjał, co do tego nie można mieć żadnych wątpliwości. Niestety jest to jednak album nierówny.
Z jednej strony mamy tu kilka bardzo, bardzo udanych kawałków - wpadający w ucho "I Am The Rain", nieco senno-marzycielski "Broken Love Song" (świetny refren!) czy bardziej dynamiczny, przebojowy "Palace Of Bone", z drugiej jednak znajdziemy tu również utwory zupełnie przeciętne i nudne. "Grace/Wastelands" jest momentami zbyt wyciszona, zbyt melancholijna, są takie chwile kiedy chciałoby się usłyszeć nieco więcej iskry i pasji, zarówno w głosie Doherty'ego, jak i dźwiękach gitary, wydobywających się spod jego palców.
Mimo wszystko uważam "Grace/Wastelands" za bardzo istotny, ważny dla wszystkich album. W pierwszej kolejności dla Doherty'ego - to jego manifest jako utalentowanego songwritera, deklaracja dojrzałości (po części chyba naprawdę tak jest, a literka "R" nie jest dla ściemy) i sygnał dany muzycznemu światu, że wciąż ma mu jeszcze wiele do zaoferowania. To album ważny dla mass mediów, które może obok pisania o skandalach z udziałem Pete'a (Petera?), przypomną sobie też czasem o jego muzyce. Jest to też album ważny również dla nas, słuchaczy, bo pomimo wad, słucha się go nieźle i z pewnością warto się z nim zapoznać. Nie będzie to czas stracony.
Mówiąc krótko - plus i szacun dla Doherty'ego. No i jeszcze jedno... Może wreszcie pora pomyśleć o reaktywacji The Libertines?

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz