Będzie prosto z mostu: hype na tę płytę stał się nie do zniesienia. Gdziekolwiek nie spojrzę, to wszyscy wypowiadają się o niej w samych superlatywach. Od premiery minęły trzy miesiące i dalej wszyscy powtarzają, jakie to "It's Blitz!" jest wyjątkowe, jakie przełomowe i jakie dojrzałe. Gówno prawda. "It's Blitz!" jest przede wszystkim nudne.
Zastanówmy się przez chwilę, co świadczyło o sile tego zespołu. Przemyślane, dojrzałe, utwory czy może jednak coś innego? Weźmy "Fever To Tell" - to przede wszystkim rockowy czad, spontaniczność i emocje, emocje i jeszcze raz emocje. Proste, świeże granie. Po prostu. Na "Show Your Bones" złagodzili trochę brzmienie, ale dodali do tego fantastyczne, wpadające w ucho melodie. Ta płyta była bardzo nośna, przebojowa, naładowana pozytywnymi emocjami. Szaleństwa też nie brakowało. Znalazło się miejsce na ballady, ale były one tylko dodatkiem dla takich hitów jak "Gold Lion" czy "Honeybear". I tego właśnie dalej od nich oczekiwałem. Nie epokowego dzieła, tylko dobrej, imprezowej płyty, takiej jak "Tonight: Franz Ferdinand". Nagranej bez wielkiego ciśnienia, bez silenia się na pretensjonalność; to miała być czysta zabawa, sztuka przez małe s.
Na "It's Blitz!" są w zasadzie dwa trzymające całość poprzedniej płyty utwory - dynamiczny i bardzo melodyjny "Heads Will Roll" oraz fajnie rozkręcający się, nieco bardziej gitarowy "Dull Life". Od biedy można by jeszcze wyróżnić singlowy "Zero", ale tylko dlatego, że nic ciekawszego już na tej płycie nie ma. Reszta to mdłe, nudne, pozbawione jakichkolwiek interesujących fragmentów ballady, które nie zmieściłyby się na b-side'y pierwszych dwóch albumów, a przy okazji "It's Blitz!" zdobywają najwyższe laury. A ja cały czas nie ogarniam o co cały ten szum.
Marissę Nadler poznałem przy okazji debiutanckiego, s/t albumu "Mountain Home" (http://www.myspace.com/mtnhome), który uznałem za album roku 2007. Zachwycił mnie wtedy, zachwyca i teraz, rzecz absolutna i skończona. Solowe dokonania Marissy jednak nie do końca mnie przekonywały. Niby wszystko było z nimi w porządku, niby miło słuchało się tego doskonałego głosu, niby nic nie można było tej muzyce zarzucić, ale... no właśnie. Leciała sobie gdzieś w tle, całkiem przyjemnie i sympatycznie, ale większego zainteresowania nie wzbudzała. I choć znalazło się na trzech pierwszych płytach ("Ballads Of Living And Dying", "The Saga Of Mayflower May", "Songs III: Bird On the Water") kilka naprawdę przepięknych, uroczych utworów, jak "Under An Old Umbrella" chociażby, to na "Little Hells" specjalnie nie czekałem.
Marissa Nadler - Under An Old Umbrella
Na nowym albumie Marissa Nadler nic nowego nie prezentuje. Wciąż śpiewa te same, dream-folkowe, melancholijne i romantyczne piosenki. Nie sposób im odmówić piękna i uroku, to pewne, nie sposób nie docenić wyjątkowego głosu i muzycznej wrażliwości Marissy, z łatwością można zrozumieć zdobycie przez nią głównej nagrody w kategorii "Outstanding Singer-Songwriter of the Year" podczas zeszłorocznego Boston Music Awards, ale jednocześnie trudno nie uznać hype'u na "Little Hells" za zjawisko co najmniej dziwne, by nie powiedzieć nieporozumienie. Jasne, dobrze się tego słucha, ale tylko tyle. O żadnej większej rewelacji mowy być nie może. Poza tym rejony muzyczne, w których obraca się Marissa Nadler są na tyle wąskie, że wymyślić coś nowego i ciekawego w tym obszarze jest niezwykle trudno. Za pierwszym razem to aż tak bardzo nie przeszkadzało, przy drugiej płycie można było zadać sobie pytanie "co dalej?", słuchając trzeciej zaczynało się już odczuwać szczere znudzenie formą. "Little Hells" jest czwarte i można zacząć zastanawiać się, jaki jest w tym wszystkim sens. Marissa Nadler ma fenomenalny głos i pisze dobre piosenki, w kategorii singer/song-writer plasuje się w zdecydowanej czołówce i co do tego nie można mieć żadnych wątpliwości. Ale nie zmienia to faktu, że to jednak trochę za mało, bym dał się na to złapać po raz czwarty.
P.S. Nie jest to oczywiście płyta zła. Gdyby nie trzy poprzednie z pewnością byłbym nią bardzo usatysfakcjonowany.
Sesja, która bardzo nieoczekiwanie się przedłużyła, sprawia, że nie miałem czasu na napisanie tego, co sobie zaplanowałem, ale na początku nadchodzącego tygodnia spodziewać się możecie dwóch recenzji - nowej płyty Marissy Nadler i "It's Blitz!" Yeah Yeah Yeahs, na który to album powszechny i zupełnie absurdalny hype bardzo mnie zaskoczył i wiem, że muszę w tej kwestii zabrać swój głos.
Tymczasem - mała singlowa rekomendacja. Future Of The Left i utwór "The Hope That House Built".
piątek, czerwca 26, 2009
Wszelki słowa są zbędne. Król popu. Idol z dzieciństwa. Posłuchajcie i oddajcie hołd Mistrzowi.
Świetny, przebojowy kawałek na sam początek wakacji. Choć cały album, "Ray Guns Are Not Just For The Future" jest całkiem interesujący, to jednak nie wywołuje u mnie zbyt wiele emocji; muzyka sobie płynie, miło i przyjemnie, ale specjalnie do niej wracać się nie chce. Z "Love Letter To Japan" jest wprost przeciwnie - to prawdziwy hit, który aż prosi się, by ustawić go na repeacie. Idealna rzecz na gorące dni początku lata.
Koncertowe wykonania utworów "Golden Artifact" oraz "New Age" z debiutanckiego albumu "Embrace" amerykańskiej grupy Sleepy Sun. Psychodeliczny rock. Szału nie ma, ale posłuchać warto.
Great Lake Swimmers to przede wszystkim singer/song-writer Tony Dekker, akompaniujący mu zespół i bezpretesjonalne, melodyjne, czasem odrobinę melancholijne, folk-rockowe piosenki. Płytka "Lost Channels" zdecydowanie udana (okolice 6.2 - 6.7), o czym radzę przekonać się samemu.
Little Boots naprawdę nazywa się Victoria Hesketh, ma 24 lata, właśnie wydała swój debiutancki album "Hands" i z miejsca została nazwana nową nadzieją popu. Nietrafiony hype czy uzasadniony zachwyt? Płytę opiszę w ciągu najbliższych kilku dni (ale jest dobra, naprawdę, chyba najlepsza rzecz w takich przebojowo - dyskotekowych klimatach od debiutu Sally Shapiro), a teraz polecam zapoznać się z dwoma wyjątkowo udanymi kawałkami z "Hands".
Ulubieniec tabloidów, opinii publicznej lepiej znany jako ex-boyfriend Kate Moss, narkoman, społeczny wyrzutek i degenerat, będacy coraz bliżej życiowego dna niż jako świetny muzyk, charyzmatyczny wokalista i członek The Libertines, jednego z najważniejszych zespołów ostatniej dekady, Pete Doherty, wydał właśnie swój pierwszy solowy album.
A w zasadzie Peter, bo tak podpisał swój debiut. Peter Doherty - tak właśnie widnieje na okładce. Czyli taki sygnał, że się ogarnął trochę, dojrzał i nie jest już tym samym sympatycznym chłopcem, który śpiewał z rozbrajającą szczerością i emanującym hedonizmem głosem "fuck forever... if you don't mind"? Cześć, jestem Peter, generalnie miałem do tej pory wszystko w dupie i po prostu chciałem się dobrze bawić, stąd też te moje wszystkie ekscesy i pierwsze strony gazet, ale, umm, wiecie, Kate Moss mnie zostawiła, jestem trochę smutny i od teraz będzie na poważnie. Peter, nie Pete, zapamiętajcie. Takie odniosłem pierwsze wrażenie, wiem, może trochę przesadzam z tym analizowaniem literki "R" przy imieniu, ale po coś ona tam się pojawiła, prawda? Trochę jak Marysia Sadowska, która w rozmowie u Wojewódzkiego kilka razy wyraźnie zaznaczyła, że teraz to się nazywa Maria Sadowska, a nie Marysia, tak jakby była to sprawa wagi co najmniej państwowej. Podobnie zresztą jak posłowie PiSu, którzy za każdym razem, gdy występują w TVN-ie przypominają, że są posłami nie PiSu a Prawa i Sprawiedliwości. Jak więc widać, nawet takie drobiazgi mogą mieć kolosalne znaczenie, wierzę więc, że i literka "R" która pojawiła się przy imieniu Doherty'ego również oznacza wielkie zmiany. Gdy włączymy płytę, okaże się, że się w tych przewidywaniach nie pomyliliśmy. Pamiętacie może akustyczną wersję "Fuck Forever", z Dohertym siedzącym na jakiejś łące i akompaniującym sobie na gitarze? Dobra, nie szukajcie. Mam dziś dobry humor, więc podam nawet linka. Albo i lepiej, obejrzyjcie sobie teledysk poniżej.
No to teraz dochodzimy do sedna. "Grace/Wastelands" brzmi podobnie. Doherty wziął do ręki gitarę akustyczną i z hedonisty-libertyna-buntownika przeobraził się na potrzeby tej płyty w typowego songwritera. Z jakim skutkiem? Odpowiadam od razu: mieszanym.
Fajnie generalnie, że postanowił zaprezentować coś innego, że nie stara się na siłę eksplorować rejonów, w jakich poruszał się najpierw z The Libertines, a potem z Babyshambles i pokazuje się słuchaczom od innej, bardziej lirycznej i uduchowionej strony. Miło, że udowodnił tym samym wielu niedowiarkom, że jest naprawdę utalentowanym artystą, muzykiem i poetą ukrytym nieco pod płaszczem heroinowego uzależnienia i ciągłej atmosfery skandalu. Na "Grace/Wastelands" na pewno słychać potencjał, co do tego nie można mieć żadnych wątpliwości. Niestety jest to jednak album nierówny.
Z jednej strony mamy tu kilka bardzo, bardzo udanych kawałków - wpadający w ucho "I Am The Rain", nieco senno-marzycielski "Broken Love Song" (świetny refren!) czy bardziej dynamiczny, przebojowy "Palace Of Bone", z drugiej jednak znajdziemy tu również utwory zupełnie przeciętne i nudne. "Grace/Wastelands" jest momentami zbyt wyciszona, zbyt melancholijna, są takie chwile kiedy chciałoby się usłyszeć nieco więcej iskry i pasji, zarówno w głosie Doherty'ego, jak i dźwiękach gitary, wydobywających się spod jego palców.
Mimo wszystko uważam "Grace/Wastelands" za bardzo istotny, ważny dla wszystkich album. W pierwszej kolejności dla Doherty'ego - to jego manifest jako utalentowanego songwritera, deklaracja dojrzałości (po części chyba naprawdę tak jest, a literka "R" nie jest dla ściemy) i sygnał dany muzycznemu światu, że wciąż ma mu jeszcze wiele do zaoferowania. To album ważny dla mass mediów, które może obok pisania o skandalach z udziałem Pete'a (Petera?), przypomną sobie też czasem o jego muzyce. Jest to też album ważny również dla nas, słuchaczy, bo pomimo wad, słucha się go nieźle i z pewnością warto się z nim zapoznać. Nie będzie to czas stracony.
Mówiąc krótko - plus i szacun dla Doherty'ego. No i jeszcze jedno... Może wreszcie pora pomyśleć o reaktywacji The Libertines?
Z lekką nostalgią wspominam dawne czasy, kiedy nocami słuchałem tych wszystkich mrocznych i ciężkich dźwięków, znanych pod ogólnie przyjętym określeniem muzyka metalowa. Z metalu się wyrasta, mówią niektórzy i faktycznie ciężko się z tym nie zgodzić, choć to chyba nie jedyny powód dla którego ludzie od ciężkiej muzyki z czasem odchodzą. Podobny wniosek można by przecież wysnuć odnośnie każdego z gatunków - jeżeli wyeksploatujemy go do granic możliwości, poznamy wszystkie jego odmiany i wariacje, osiągniemy moment, w którym zaczniemy odczuwać nudę. Wyrośniemy. Owszem, są pewne odłamy metalu, z których niewyrośnięcie wręcz trzeba uznać za powód do wstydu i refleksji nad samym sobą (czy aby na pewno w domu wszyscy zdrowi?) - no bo jak ktoś ma dwadzieścia pięć lat, a maluje sobie ryj białą farbą i wzdycha do szatana przy debiucie Mayhem to chyba nie jest z nim do końca wszystko w porządku, prawda? - ale są też przecież bardziej wyrafinowane odmiany, których słuchanie wcale nie musi oznaczać obciachu i z których na siłę wyrastać nie trzeba (poza tym w każdym z nas jest zawsze trochę z dziecka, czyż nie?). Problem w tym, że taki metal trudno obecnie znaleźć. Metal się skończył. Został wyeksploatowany do samego dna, ograny na miliard sposobów i znalezienie czegokolwiek wartościowego przypomina nieraz poszukiwania Świętego Graala. Tym bardziej cieszą takie perełki jak ta.
Krótko - "Static Tensions" to dla mnie najlepsza metalowa płyta od czasu debiutu Wolfmother. Gdzieś po drodze był chyba jeszcze niezły Agalloch ("Ashes Against The Grain" w 2006), różne Isisy, Mastodony, Dillingery, ale dopiero "Static Tensions" wywołał dokładnie ten rodzaj emocji, który oczekuję od prawdziwego, soczystego metalowego albumu. Wiadomo, że od zespołów grających metal nie ma co oczekiwać przełomu, więc takowego oczywiście tu nie ma. A co jest? Są naprawdę zajebiste, miażdżące, ciężkie, masywne, soczyste (bogaty zbiór epitetów, musicie przyznać), a jednocześnie wyjątkowo nośne i melodyjne riffy (na wspomnianym Wolfmother było tak samo zresztą), brzmiące właśnie tak, jak brzmieć powinny. Nie jakieś połamane, matematyczne, pseudo-inteligentne gówna, tylko moc, agresja i feeling. Taaak, kurwa, to jest właśnie to, można poczuć się o kilka lat młodszym. Mamy też dwóch perkusistów i nie jest to żaden chwyt marketingowy, tylko niezwykle sprawna, do spółki z basistą, wgniatająca w fotel maszyna. Mamy też wokalistę (czasem wspomaganego przez śpiewającą gitarzystkę Laurę Pleasants) , który na zmianę pokrzykuje, śpiewa czystym, melodyjnym głosem, a jak trzeba to i zaskakuje wyjątkowo przebojowym refrenem ("Running Red" czy "Almost Lost"). Całość trwa czterdzieści minut, jest niezwykle intensywna, świeża i ani przez chwilę nie nudzi. Tak, to jest metal, którego chciałbym słuchać i którym jestem w stanie szczerze się zachwycić. Dzięki Kylesa, jesteście świetni.