środa, października 21, 2009

Nelly Furtado "Mi Plan"


Nelly Furtado
Mi Plan

Universal Music Group, 2009

3.9 / 10





www.nellyfurtado.com
www.myspace.com/nellyfurtado

Wróćmy na chwilę do przeszłości i postawmy sprawę jasno: duet Nelly Furtado z Timbalandem był dokładnie tym, czego skostniała scena muzyki pop potrzebowała. Współpraca amerykańskiego producenta z tą uroczą latynoską zaowocowała w 2006 roku albumem "Loose", będącym moim zdaniem jednym z najlepszych albumów ostatniej dekady. Świeżym, dynamicznym, od początku do końca wypełnionym rewelacyjnymi przebojami.

"Mi Plan" okazuje się być jednak krokiem w zupełnie inną stronę. To muzyczny powrót do początków kariery wokalistki - Nelly odeszła od dyskotekowych podkładów i tanecznych rytmów, jednocześnie mocniej akcentując rolę gitary akustycznej. W połączeniu z elektroniką otrzymujemy album bardzo latynoski, zwłaszcza gdy dodamy do tego fakt, że tym razem wszystkie utwory Nelly zaśpiewała po hiszpańsku. Jest więc dość melodyjnie, momentami trochę romantycznie, ale niestety czasem też trochę nudno.
Niby słucha się tego całkiem w porządku, muzyka jest przyjemna dla ucha, ale... No właśnie, czegoś tu brakuje. Może tej odrobiny szaleństwa i energii, którymi przepełnione było "Loose"? Słuchając tamtej płyty ciężko było usiedzieć na miejscu, nogi same podrywały się do tańca, a ręka mimowolnie podręcała regulator głośności w kierunku "max". Gdy słucham "Mi Plan" wolę raczej siedzieć w fotelu i popijać wino. Ok, rzadko siedzę w fotelu, a jeszcze rzadziej robię to popijając wino, ale ogarniacie różnicę?

Szkoda trochę, że Nelly nie zdecydowała się kontynuować drogi, którą podążyła na "Loose". Mogło być bardzo dobrze, jest tylko nieźle.





piątek, października 16, 2009

czwartek, września 24, 2009

Rock is sexy... and so are we



Finally, it is. The first unofficial mixtape of niezal.pl blog.
This is not the selection of the best or the most important songs of the last decade. Here are the songs perfect for partying, drinking, smoking and, of course, fucking.
So forget about the whole bullshit you're being told all the time, about being good and polite, just download this mixtape, turn the music on, drink vodka, smoke some good shit, have sex and simply enjoy your life. These are the things this mixtape has been made for.

DOWNLOAD LINKS ARE AT THE BOTTOM OF THIS POST

CD1:

01. Franz Ferdinand - Jacqueline
02. The Raconteurs - Steady As She Goes
03. The Killers - Somebody Told Me
04. Yeah Yeah Yeahs - Honeybear
05. Justice vs. Simian - We Are Your Friends
06. Babyshambles - Fuck Forever
07. Santigold - Say Aha
08. Arctic Monkeys - The View From The Afternoon
09. Tiga & Zyntherius - Sunglasses At Night
10. Placebo - Post Blue
11. Little Boots - Mathematics
12. Kaiser Chiefs - Ruby
13. New Order - 60 MPH
14. The White Stripes - Seven Nation Army
15. Gang Gang Dance - House Jam
16. Dandy Warhols - Get Off
17. Empire Of The Sun - We Are The People

CD2:
01. The Last Shadow Puppets - The Age Of Understatement
02. Kasabian - Reason Is Treason
03. CSS - Off The Hook
04. Billy Talent - Fallen Leaves
05. Franz Ferdinand - You're The Reason I'm Leaving
06. Basement Jaxx - Saga
07. Cool Kids Of Death - Butelki z benzyną i kamienie
08. Lily Allen - Not Fair
09. The Libertines - Tomblands
10. Nelly Furtado - Glow
11. Zeromancer - Doctor Online
12. Great Northern - Telling Lies
13. Cut Copy - Lights And Music
14. Le Tigre - TKO
15. CLP - Bass Shake The Ground
16. Modest Mouse - Dashboard
17. Shaw Blades - California Dreamin'




Download links:
Sex, drugs & rock'n'roll - 00's mixtape (both CDs) [rapidshare]
Sex, drugs & rock'n'roll - 00's mixtape (both CDs) - alternative link [mediafire]
Sex, drugs & rock'n'roll - 00's mixtape - CD1
Sex, drugs & rock'n'roll - 00's mixtape - CD2

wtorek, września 15, 2009

Stone Jack Jones

W oczekiwaniu na nowy album jednego z najlepszych singer/songwriterów ostatnich lat, dwa utwory - nieopublikowany wcześniej "Thrill" oraz akustyczna wersja rewelacyjnego utworu "Bread" pochodzącego z drugiego albumu artysty, "Bluefolk".



niedziela, września 13, 2009

Rastasize - "Day by Day"

Utwór ze zdecydowanie jednej z najciekawszych płyt, jaka ukazała się na polskiej scenie reggae na przestrzeni ostatnich kilkunastu miesięcy.

sobota, września 05, 2009

Shaw Blades - "California Dreamin'"

Już za trzy tygodnie start trzeciego sezonu "Californication". W związku z tym warto przypomnieć sobie utwór z finałowej sceny sezonu drugiego.
Słynny kawałek zespołu The Mamas & the Papas, "California Dreamin'", tutaj w wykonaniu formacji Shaw Blades.

środa, sierpnia 12, 2009

Mi And L'au "Good Morning Jokers"

Mi And L'au
Good Morning Jokers

Borne Recordings, 2009


7.8 / 10





www.myspace.com/miandlauspace

O Mi i L'au wiemy niewiele. Google, last.fm, myspace uchylają nieco rąbka tajemnicy o tym duecie, ale ich historia jest prosta i krótka.
Mi i L'au poznali się we Francji, gdzie ona była modelką, a on pracował w przemyśle muzycznym. Zakochali się w sobie od razu i po krótkim pobycie w Paryżu, dokąd się przeprowadzili, stwierdzili, że rezygnują z dotychczasowego życia i przenoszą się do Finlandii. Obecnie mieszkają w niewielkim domku, gdzieś pośród pełnych ciszy i spokoju fińskich lasów i, odcięci od świata zewnętrznego, spędzają czas na tworzeniu muzyki tylko we dwoje.

Zrobiło się romantycznie?

"Romantyczny" to całkiem dobre słowo na określenie "Good Morning Jokers", drugiego albumu w dyskografii duetu. Istnieje jednak w języku angielskim słowo jeszcze inne, dużo lepiej oddające atmosferę tej płyty. Haunting. Internetowy słownik Cambridge (dictionary.cambridge.org) definiuje je jako "beautiful, but in a sad way and often in a way which cannot be forgotten". W potężnym Collins English Dictionary przeczytać możemy: "having a quality of a great beauty or sadness so as to be memorable". Dla słowa "haunting" w języku polskim nie znajdziemy odpowiednika (słowniki podają takie tłumaczenia jak "pozostający w pamięci" czy "natarczywy", co nie brzmi zbyt przekonująco), a właśnie tym słowem można niemalże perfekcyjnie opisać drugi album duetu.

"Good Morning Jokers" to czternaście delikatnych, nostalgicznych, utrzymanych w około-dream-folkowym klimacie utworów. Oszczędnej muzyce towarzyszy pełen ciepła i uroku głos Mi oraz (nieco rzadziej) niski, męski głos L'au. Istnieje taki zespół jak All My Faith Lost, o którym przeczytałem kiedyś, że ich utwory brzmią, jakby śpiewała je para niespełnionych kochanków. Mi i L'au, choć prawdopodobnie spełnieni (gdyby tak nie było, nie siedzieliby chyba zupełnie sami w domku na odludziu), nie emanują jednak zbytnim optymizmem. W ich utworach dużo łatwiej niż radość odnaleźć można takie elementy jak melancholia czy zaduma.

Niektórzy mogą kręcić głową, że całość jest trochę zbyt smętna, ale właśnie w tej sennej, nieco rozmarzonej atmosferze tkwi główny urok tego albumu. Dla mnie "Good Morning Jokers" to zdecydowanie jedno z ciekawszych odkryć bieżącego roku na około-folkowej scenie. Cieszy mnie ono niezmiernie, zwłaszcza w kontekście mimo wszystko rozczarowującego "Little Hells" Marissy Nadler.

Powiem więcej, to chyba najciekawsza dream-folkowa płyta od czasu debiutu Mountain Home (Marissa Nadler na wokalu, w moim osobistym rankingu jedna z najlepszych płyt ostatniej dekady) z roku 2007. A im dłużej jej słucham, tym bardziej mi się podoba.

niedziela, sierpnia 09, 2009

Team Sleep - "Tomb Of Liegia"

Świetny utwór Team Sleep z roku 2005.

niedziela, lipca 12, 2009

Florence And The Machine - "Drumming"

Jeżeli szukacie dobrej, wakacyjnej płyty, to obok debiutu Little Boots polecam "Lungs" Florence And The Machine. Oto próbka ich twórczości, w postaci kawałka "Drumming".

sobota, lipca 11, 2009

Sally Shapiro - "Love in July"

Najnowszy singiel Sally Shapiro.
Premiera nowej płyty "My Guilty Pleasure" 25 sierpnia.

Love In July

środa, lipca 08, 2009

Iconoclasts "Iconoclasts EP"

Iconoclasts
Iconoclasts EP

Iconoclasts, 2009

4.1 / 10






http://www.myspace.com/iconoclasts
http://iconoclastsband.com/

Iconoclasts are a Portuguese six-piece from Lisbon with Diogo and Pipa singing and screaming (not at the same time), Ricardo hammering away on the drums like his life depended on it, Vitor playing guitar (he’s not allowed to play the harmonica, though he’ll often try to sneak it in while no one’s paying attention) while pounding on every effects pedal imaginable, and Sérgio doing the same with every annoying thing he lays his hands on. They play shouty, noisy music their mothers would not be proud of and allow themselves to enjoy the sweet, sophisticated pleasure of caustic feedback afterwards.

Tyle tylko napisali o sobie na oficjalnej stronie i myspace'ie. Nic więcej póki co o nich nie wiadomo, poza tym, że wydali właśnie swoją debiutancką EPkę (do ściągnięcia za darmo z ich strony).
Ciężko jednoznacznie ocenić ich po tych, trwających w sumie dwadzieścia minut, pięciu kawałkach, ale źle nie jest. Ot, takie sobie całkiem melodyjne indie-granie z punkowym zacięciem. Iconoclasts nie są w żaden sposób oryginalni i nowatorscy, ich muzyka plasuje się gdzieś w okolicach Artcic Monkeys czy The Kooks, ale mam wrażenie, że Iconoclasts zdradzają większy niż ich sławniejsi koledzy przebojowy potencjał. Nie są to żadne szaleństwa oczywiście, w porywach okolice 5.0, ale nie zapominajmy, że to dopiero pierwsze ich wydawnictwo. Dostrzec można parę dobrych melodii i riffów ("Questionable Observations" i mój faworyt "So Dissapointed"), co dość dobrze rokuje na przyszłość. Ciężko będzie im się co prawda wybić na salony przy tak dużej konkurencji na niezalowej scenie, ale warto o nich pamiętać i zapisać sobie gdzieś tę nazwę. Iconoclasts. EPka jest niezła, czekamy na pełnoprawny debiut.

wtorek, lipca 07, 2009

Santigold - "Say Aha"

Świeży, post-open'erowy update.
Santigold, znana wcześniej jako Santogold, dała świetny, energetyczny koncert. Tego utworu, najlepszego w całym zestawie, również nie zabrakło.

Louder than they
Louder than they
Louder than they
Allow, allow
Louder than they
Louder than they
Louder than they
Allow, allow
Say Aha, Aha
Say Aha, aha ...

środa, lipca 01, 2009

The Buddy System - "Return To Horse Mountain"

Teledysk roku 2008 według Pitchforka.
The Buddy System nie wydali jeszcze płyty, na ich myspace'ie można posłuchać kilku kawałków, z których to "Return To Horse Mountain" zdecydowanie rządzi. Good shit.

wtorek, czerwca 30, 2009

Yeah Yeah Yeahs "It's Blitz!"

Yeah Yeah Yeahs
It's Blitz!

Interscope, 2009

2.3 / 10






www.yeahyeahyeahs.com
www.myspace.com/yeahyeahyeahs

Będzie prosto z mostu: hype na tę płytę stał się nie do zniesienia. Gdziekolwiek nie spojrzę, to wszyscy wypowiadają się o niej w samych superlatywach. Od premiery minęły trzy miesiące i dalej wszyscy powtarzają, jakie to "It's Blitz!" jest wyjątkowe, jakie przełomowe i jakie dojrzałe. Gówno prawda. "It's Blitz!" jest przede wszystkim nudne.

Zastanówmy się przez chwilę, co świadczyło o sile tego zespołu. Przemyślane, dojrzałe, utwory czy może jednak coś innego? Weźmy "Fever To Tell" - to przede wszystkim rockowy czad, spontaniczność i emocje, emocje i jeszcze raz emocje. Proste, świeże granie. Po prostu. Na "Show Your Bones" złagodzili trochę brzmienie, ale dodali do tego fantastyczne, wpadające w ucho melodie. Ta płyta była bardzo nośna, przebojowa, naładowana pozytywnymi emocjami. Szaleństwa też nie brakowało. Znalazło się miejsce na ballady, ale były one tylko dodatkiem dla takich hitów jak "Gold Lion" czy "Honeybear". I tego właśnie dalej od nich oczekiwałem. Nie epokowego dzieła, tylko dobrej, imprezowej płyty, takiej jak "Tonight: Franz Ferdinand". Nagranej bez wielkiego ciśnienia, bez silenia się na pretensjonalność; to miała być czysta zabawa, sztuka przez małe s.

Na "It's Blitz!" są w zasadzie dwa trzymające całość poprzedniej płyty utwory - dynamiczny i bardzo melodyjny "Heads Will Roll" oraz fajnie rozkręcający się, nieco bardziej gitarowy "Dull Life". Od biedy można by jeszcze wyróżnić singlowy "Zero", ale tylko dlatego, że nic ciekawszego już na tej płycie nie ma.
Reszta to mdłe, nudne, pozbawione jakichkolwiek interesujących fragmentów ballady, które nie zmieściłyby się na b-side'y pierwszych dwóch albumów, a przy okazji "It's Blitz!" zdobywają najwyższe laury. A ja cały czas nie ogarniam o co cały ten szum.

poniedziałek, czerwca 29, 2009

Marissa Nadler "Little Hells"

Marissa Nadler
Little Hells

Kemado, 2009

4.8 / 10






http://www.marissanadler.com
http://www.myspace.com/songsoftheend

Marissę Nadler poznałem przy okazji debiutanckiego, s/t albumu "Mountain Home" (http://www.myspace.com/mtnhome), który uznałem za album roku 2007. Zachwycił mnie wtedy, zachwyca i teraz, rzecz absolutna i skończona.
Solowe dokonania Marissy jednak nie do końca mnie przekonywały. Niby wszystko było z nimi w porządku, niby miło słuchało się tego doskonałego głosu, niby nic nie można było tej muzyce zarzucić, ale... no właśnie. Leciała sobie gdzieś w tle, całkiem przyjemnie i sympatycznie, ale większego zainteresowania nie wzbudzała. I choć znalazło się na trzech pierwszych płytach ("Ballads Of Living And Dying", "The Saga Of Mayflower May", "Songs III: Bird On the Water") kilka naprawdę przepięknych, uroczych utworów, jak "Under An Old Umbrella" chociażby, to na "Little Hells" specjalnie nie czekałem.

Marissa Nadler - Under An Old Umbrella


Na nowym albumie Marissa Nadler nic nowego nie prezentuje. Wciąż śpiewa te same, dream-folkowe, melancholijne i romantyczne piosenki. Nie sposób im odmówić piękna i uroku, to pewne, nie sposób nie docenić wyjątkowego głosu i muzycznej wrażliwości Marissy, z łatwością można zrozumieć zdobycie przez nią głównej nagrody w kategorii "Outstanding Singer-Songwriter of the Year" podczas zeszłorocznego Boston Music Awards, ale jednocześnie trudno nie uznać hype'u na "Little Hells" za zjawisko co najmniej dziwne, by nie powiedzieć nieporozumienie. Jasne, dobrze się tego słucha, ale tylko tyle. O żadnej większej rewelacji mowy być nie może.
Poza tym rejony muzyczne, w których obraca się Marissa Nadler są na tyle wąskie, że wymyślić coś nowego i ciekawego w tym obszarze jest niezwykle trudno. Za pierwszym razem to aż tak bardzo nie przeszkadzało, przy drugiej płycie można było zadać sobie pytanie "co dalej?", słuchając trzeciej zaczynało się już odczuwać szczere znudzenie formą. "Little Hells" jest czwarte i można zacząć zastanawiać się, jaki jest w tym wszystkim sens.
Marissa Nadler ma fenomenalny głos i pisze dobre piosenki, w kategorii singer/song-writer plasuje się w zdecydowanej czołówce i co do tego nie można mieć żadnych wątpliwości. Ale nie zmienia to faktu, że to jednak trochę za mało, bym dał się na to złapać po raz czwarty.

P.S. Nie jest to oczywiście płyta zła. Gdyby nie trzy poprzednie z pewnością byłbym nią bardzo usatysfakcjonowany.

niedziela, czerwca 28, 2009

Future Of The Left - "The Hope That House Built"

Sesja, która bardzo nieoczekiwanie się przedłużyła, sprawia, że nie miałem czasu na napisanie tego, co sobie zaplanowałem, ale na początku nadchodzącego tygodnia spodziewać się możecie dwóch recenzji - nowej płyty Marissy Nadler i "It's Blitz!" Yeah Yeah Yeahs, na który to album powszechny i zupełnie absurdalny hype bardzo mnie zaskoczył i wiem, że muszę w tej kwestii zabrać swój głos.

Tymczasem - mała singlowa rekomendacja. Future Of The Left i utwór "The Hope That House Built".

piątek, czerwca 26, 2009

Wszelki słowa są zbędne.
Król popu. Idol z dzieciństwa.
Posłuchajcie i oddajcie hołd Mistrzowi.



czwartek, czerwca 25, 2009

The Bird and The Bee - "Love Letter to Japan"

Świetny, przebojowy kawałek na sam początek wakacji.
Choć cały album, "Ray Guns Are Not Just For The Future" jest całkiem interesujący, to jednak nie wywołuje u mnie zbyt wiele emocji; muzyka sobie płynie, miło i przyjemnie, ale specjalnie do niej wracać się nie chce. Z "Love Letter To Japan" jest wprost przeciwnie - to prawdziwy hit, który aż prosi się, by ustawić go na repeacie. Idealna rzecz na gorące dni początku lata.

środa, czerwca 24, 2009

Sleepy Sun

Koncertowe wykonania utworów "Golden Artifact" oraz "New Age" z debiutanckiego albumu "Embrace" amerykańskiej grupy Sleepy Sun. Psychodeliczny rock. Szału nie ma, ale posłuchać warto.



Great Lake Swimmers

Great Lake Swimmers to przede wszystkim singer/song-writer Tony Dekker, akompaniujący mu zespół i bezpretesjonalne, melodyjne, czasem odrobinę melancholijne, folk-rockowe piosenki. Płytka "Lost Channels" zdecydowanie udana (okolice 6.2 - 6.7), o czym radzę przekonać się samemu.

Próbka ich możliwości poniżej.





wtorek, czerwca 23, 2009

Little Boots

Little Boots naprawdę nazywa się Victoria Hesketh, ma 24 lata, właśnie wydała swój debiutancki album "Hands" i z miejsca została nazwana nową nadzieją popu. Nietrafiony hype czy uzasadniony zachwyt?
Płytę opiszę w ciągu najbliższych kilku dni (ale jest dobra, naprawdę, chyba najlepsza rzecz w takich przebojowo - dyskotekowych klimatach od debiutu Sally Shapiro), a teraz polecam zapoznać się z dwoma wyjątkowo udanymi kawałkami z "Hands".



Placebo "Battle For The Sun"

Placebo
Battle For The Sun

EMI Music / Isound Labels, 2009


0.8 / 10


www.placeboworld.co.uk
www.myspace.com/placebo

Słownik języka polskiego PWN o nowym albumie Placebo:

gówno
1. wulg. «kał»
2. wulg. «o kimś lub czymś mało wartościowym»
3. wulg. «nic nieznaczący przedmiot»
4. wulg. «nic, zupełnie nic»

[http://sjp.pwn.pl/haslo.php?id=2462661]


poniedziałek, czerwca 22, 2009

Peter Doherty "Grace/Wastelands"

Peter Doherty
Grace/Wastelands

Parlophone, 2009


4.6 / 10





www.babyshambles.net
www.myspace.com/gracewastelands

Ulubieniec tabloidów, opinii publicznej lepiej znany jako ex-boyfriend Kate Moss, narkoman, społeczny wyrzutek i degenerat, będacy coraz bliżej życiowego dna niż jako świetny muzyk, charyzmatyczny wokalista i członek The Libertines, jednego z najważniejszych zespołów ostatniej dekady, Pete Doherty, wydał właśnie swój pierwszy solowy album.

A w zasadzie Peter, bo tak podpisał swój debiut. Peter Doherty - tak właśnie widnieje na okładce. Czyli taki sygnał, że się ogarnął trochę, dojrzał i nie jest już tym samym sympatycznym chłopcem, który śpiewał z rozbrajającą szczerością i emanującym hedonizmem głosem "fuck forever... if you don't mind"? Cześć, jestem Peter, generalnie miałem do tej pory wszystko w dupie i po prostu chciałem się dobrze bawić, stąd też te moje wszystkie ekscesy i pierwsze strony gazet, ale, umm, wiecie, Kate Moss mnie zostawiła, jestem trochę smutny i od teraz będzie na poważnie. Peter, nie Pete, zapamiętajcie. Takie odniosłem pierwsze wrażenie, wiem, może trochę przesadzam z tym analizowaniem literki "R" przy imieniu, ale po coś ona tam się pojawiła, prawda? Trochę jak Marysia Sadowska, która w rozmowie u Wojewódzkiego kilka razy wyraźnie zaznaczyła, że teraz to się nazywa Maria Sadowska, a nie Marysia, tak jakby była to sprawa wagi co najmniej państwowej. Podobnie zresztą jak posłowie PiSu, którzy za każdym razem, gdy występują w TVN-ie przypominają, że są posłami nie PiSu a Prawa i Sprawiedliwości. Jak więc widać, nawet takie drobiazgi mogą mieć kolosalne znaczenie, wierzę więc, że i literka "R" która pojawiła się przy imieniu Doherty'ego również oznacza wielkie zmiany.
Gdy włączymy płytę, okaże się, że się w tych przewidywaniach nie pomyliliśmy. Pamiętacie może akustyczną wersję "Fuck Forever", z Dohertym siedzącym na jakiejś łące i akompaniującym sobie na gitarze? Dobra, nie szukajcie. Mam dziś dobry humor, więc podam nawet linka. Albo i lepiej, obejrzyjcie sobie teledysk poniżej.

No to teraz dochodzimy do sedna. "Grace/Wastelands" brzmi podobnie. Doherty wziął do ręki gitarę akustyczną i z hedonisty-libertyna-buntownika przeobraził się na potrzeby tej płyty w typowego songwritera. Z jakim skutkiem? Odpowiadam od razu: mieszanym.

Fajnie generalnie, że postanowił zaprezentować coś innego, że nie stara się na siłę eksplorować rejonów, w jakich poruszał się najpierw z The Libertines, a potem z Babyshambles i pokazuje się słuchaczom od innej, bardziej lirycznej i uduchowionej strony. Miło, że udowodnił tym samym wielu niedowiarkom, że jest naprawdę utalentowanym artystą, muzykiem i poetą ukrytym nieco pod płaszczem heroinowego uzależnienia i ciągłej atmosfery skandalu. Na "Grace/Wastelands" na pewno słychać potencjał, co do tego nie można mieć żadnych wątpliwości. Niestety jest to jednak album nierówny.

Z jednej strony mamy tu kilka bardzo, bardzo udanych kawałków - wpadający w ucho "I Am The Rain", nieco senno-marzycielski "Broken Love Song" (świetny refren!) czy bardziej dynamiczny, przebojowy "Palace Of Bone", z drugiej jednak znajdziemy tu również utwory zupełnie przeciętne i nudne. "Grace/Wastelands" jest momentami zbyt wyciszona, zbyt melancholijna, są takie chwile kiedy chciałoby się usłyszeć nieco więcej iskry i pasji, zarówno w głosie Doherty'ego, jak i dźwiękach gitary, wydobywających się spod jego palców.

Mimo wszystko uważam "Grace/Wastelands" za bardzo istotny, ważny dla wszystkich album. W pierwszej kolejności dla Doherty'ego - to jego manifest jako utalentowanego songwritera, deklaracja dojrzałości (po części chyba naprawdę tak jest, a literka "R" nie jest dla ściemy) i sygnał dany muzycznemu światu, że wciąż ma mu jeszcze wiele do zaoferowania. To album ważny dla mass mediów, które może obok pisania o skandalach z udziałem Pete'a (Petera?), przypomną sobie też czasem o jego muzyce. Jest to też album ważny również dla nas, słuchaczy, bo pomimo wad, słucha się go nieźle i z pewnością warto się z nim zapoznać. Nie będzie to czas stracony.

Mówiąc krótko - plus i szacun dla Doherty'ego. No i jeszcze jedno... Może wreszcie pora pomyśleć o reaktywacji The Libertines?


Kylesa "Static Tensions"

Kylesa
Static Tensions

Prosthetic, 2009

www.myspace.com/kylesa
www.kylesa.com


8.1 / 10



Z lekką nostalgią wspominam dawne czasy, kiedy nocami słuchałem tych wszystkich mrocznych i ciężkich dźwięków, znanych pod ogólnie przyjętym określeniem muzyka metalowa. Z metalu się wyrasta, mówią niektórzy i faktycznie ciężko się z tym nie zgodzić, choć to chyba nie jedyny powód dla którego ludzie od ciężkiej muzyki z czasem odchodzą. Podobny wniosek można by przecież wysnuć odnośnie każdego z gatunków - jeżeli wyeksploatujemy go do granic możliwości, poznamy wszystkie jego odmiany i wariacje, osiągniemy moment, w którym zaczniemy odczuwać nudę. Wyrośniemy. Owszem, są pewne odłamy metalu, z których niewyrośnięcie wręcz trzeba uznać za powód do wstydu i refleksji nad samym sobą (czy aby na pewno w domu wszyscy zdrowi?) - no bo jak ktoś ma dwadzieścia pięć lat, a maluje sobie ryj białą farbą i wzdycha do szatana przy debiucie Mayhem to chyba nie jest z nim do końca wszystko w porządku, prawda? - ale są też przecież bardziej wyrafinowane odmiany, których słuchanie wcale nie musi oznaczać obciachu i z których na siłę wyrastać nie trzeba (poza tym w każdym z nas jest zawsze trochę z dziecka, czyż nie?). Problem w tym, że taki metal trudno obecnie znaleźć. Metal się skończył. Został wyeksploatowany do samego dna, ograny na miliard sposobów i znalezienie czegokolwiek wartościowego przypomina nieraz poszukiwania Świętego Graala. Tym bardziej cieszą takie perełki jak ta.

Krótko - "Static Tensions" to dla mnie najlepsza metalowa płyta od czasu debiutu Wolfmother. Gdzieś po drodze był chyba jeszcze niezły Agalloch ("Ashes Against The Grain" w 2006), różne Isisy, Mastodony, Dillingery, ale dopiero "Static Tensions" wywołał dokładnie ten rodzaj emocji, który oczekuję od prawdziwego, soczystego metalowego albumu.
Wiadomo, że od zespołów grających metal nie ma co oczekiwać przełomu, więc takowego oczywiście tu nie ma. A co jest? Są naprawdę zajebiste, miażdżące, ciężkie, masywne, soczyste (bogaty zbiór epitetów, musicie przyznać), a jednocześnie wyjątkowo nośne i melodyjne riffy (na wspomnianym Wolfmother było tak samo zresztą), brzmiące właśnie tak, jak brzmieć powinny. Nie jakieś połamane, matematyczne, pseudo-inteligentne gówna, tylko moc, agresja i feeling. Taaak, kurwa, to jest właśnie to, można poczuć się o kilka lat młodszym. Mamy też dwóch perkusistów i nie jest to żaden chwyt marketingowy, tylko niezwykle sprawna, do spółki z basistą, wgniatająca w fotel maszyna. Mamy też wokalistę (czasem wspomaganego przez śpiewającą gitarzystkę Laurę Pleasants) , który na zmianę pokrzykuje, śpiewa czystym, melodyjnym głosem, a jak trzeba to i zaskakuje wyjątkowo przebojowym refrenem ("Running Red" czy "Almost Lost"). Całość trwa czterdzieści minut, jest niezwykle intensywna, świeża i ani przez chwilę nie nudzi. Tak, to jest metal, którego chciałbym słuchać i którym jestem w stanie szczerze się zachwycić. Dzięki Kylesa, jesteście świetni.